Uznano, że nie nadaje się do małżeństwa.

Rozmawialiśmy dwie godziny o Szekspirze, książkach, filozofii i ideach. Josiah był samoukiem; jego wiedza była fragmentaryczna, ale umysł miał bystry, a pragnienie wiedzy było widoczne. I w miarę jak rozmawialiśmy, mój strach ustępował.

Ten człowiek nie był brutalem. Był inteligentny, życzliwy, rozważny, uwięziony w ciele, które społeczeństwo postrzegało i uważało jedynie za potwora.

„Josiah” – powiedziałem w końcu – „jeśli to zrobimy, chcę, żebyś coś wiedział. Nie uważam cię za brutala. Nie uważam cię za potwora. Uważam, że jesteś osobą uwięzioną w beznadziejnej sytuacji, tak jak ja”.

Nagle jej oczy napełniły się łzami. „Dziękuję, panienko”.

„Mów mi Elellanar. Kiedy jesteśmy sami, mów mi Elellanar.”

„Nie powinnaś, panienko. To nie byłoby stosowne.”

„Nic w tej sytuacji nie jest sprawiedliwe. Jeśli mamy być mężem i żoną, czy cokolwiek to znaczy, powinieneś używać mojego nazwiska”.

Powoli skinął głową. „Elellanar”. Moje imię i jego głęboki, miękki głos rozbrzmiewały jak muzyka.

„W takim razie ty też powinnaś coś wiedzieć. Nie uważam, że nie nadajesz się do małżeństwa. Uważam, że mężczyźni, którzy cię odrzucili, byli głupcami. Mężczyzna, który nie widzi nic poza wózkiem inwalidzkim, który nie widzi osoby w środku, nie zasługuje na ciebie”.

To była najżyczliwsza rzecz, jaką ktokolwiek powiedział mi w ciągu ostatnich czterech lat.

„Zrobisz to?” – zapytałem. „Czy zaakceptujesz plan mojego ojca?”

„Tak” – odpowiedział bez wahania. „Będę cię chronić. Zaopiekuję się tobą. I postaram się być ciebie godny”.

„Postaram się, żeby ta sytuacja była znośna dla nas obojga”.

Przypieczętowaliśmy umowę uściskiem dłoni; jego ogromna dłoń objęła moją, ciepła i zaskakująco delikatna. Radykalne rozwiązanie mojego ojca nagle wydało się mniej niemożliwe.

Ale co stało się później? Czego dowiedziałem się o Josiahu w kolejnych miesiącach? To właśnie wtedy historia przybiera nieoczekiwany obrót.

Porozumienie formalnie weszło w życie 1 kwietnia 1856 roku.

Mój ojciec zorganizował skromną ceremonię, nie był to formalny ślub, ponieważ niewolnikom nie wolno było się żenić, i z pewnością nie był to ślub uznawany przez białe społeczeństwo, ale zebrał służbę, przeczytał kilka wersetów z Biblii i oznajmił, że od tej pory Josiah będzie się mną opiekował.

„Porozmawiajcie z moim autorytetem o dobrostanie Eleanor” – powiedział mój ojciec do wszystkich obecnych. „Traktujcie ją z szacunkiem, na jaki zasługuje jej pozycja”.

Dla Josiaha przygotowano pokój przylegający do kopalni, połączony drzwiami, ale oddzielny, aby zachować pozory przyzwoitości. Przeniósł tam swoje skromne rzeczy osobiste z kwater niewolników: kilka sztuk odzieży, kilka książek, które potajemnie zgromadził, oraz narzędzia kuźnicze.

Pierwsze kilka tygodni było niezręcznych. Dwoje obcych ludzi próbowało odnaleźć się w beznadziejnej sytuacji. Byłam przyzwyczajona do pomocy domowej. On był przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Teraz był odpowiedzialny za intymne czynności: pomagał mi się ubierać, nosił mnie, gdy zepsuł się wózek inwalidzki, zajmował się potrzebami, o których nigdy nie wyobrażałam sobie rozmawiać z mężczyzną.

Ale Josiah podchodził do wszystkiego z niezwykłą wrażliwością. Kiedy musiałam wstać, najpierw pytał o pozwolenie. Kiedy pomagał mi się ubierać, unikał kontaktu wzrokowego, kiedy tylko było to możliwe. Kiedy potrzebowałam pomocy w sprawach osobistych, dbał o moją godność nawet w sytuacjach z natury nieprzyzwoitych.

„Wiem, że to niezręczna sytuacja” – powiedziałem jej pewnego ranka. „Wiem, że to nie ty ją wybrałaś”.

„Ty też nie”. Reorganizowałam swoją półkę z książkami. Powiedziałam mu, że chcę, żeby była ułożona alfabetycznie, i on się tym zajął. „Ale daliśmy radę”.

„Czy my?”

Spojrzał na mnie, jego imponująca postać wydawała się w jakiś sposób nieszkodliwa, gdy klęczał przy półce z książkami. „Ellaner, całe życie byłem niewolnikiem. Wykonywałem ciężką pracę w upale, która zabiłaby większość mężczyzn. Byłem chłostany za swoje błędy, sprzedawany i wypędzany z rodziny, traktowany jak bezgłośny wół”. Wskazał gestem gościnną salę. „Mieszkać tutaj, być pod opieką kogoś, kto traktuje mnie jak człowieka, mieć dostęp do książek i rozmów… To nie jest cierpienie”.

„Ale nadal jesteś niewolnikiem.”

„Tak, ale wolałbym być niewolnikiem tutaj z tobą, niż wolnym, ale samotnym gdzie indziej”. Wrócił do czytania książek. „Czy to źle?”

„Nie sądzę. Myślę, że jest szczery.”

Ale właśnie tego jej nie powiedziałem. Do czego wciąż nie potrafiłem się przyznać przed sobą. Zaczynałem coś czuć. Coś niemożliwego. Coś niebezpiecznego.

Pod koniec kwietnia ustaliliśmy już rutynę. Rano Josiah pomagał mi w przygotowaniach, a potem zabierał mnie na śniadanie. Potem wracał do kuźni, a ja zajmowałam się rachunkami domowymi. Po południu wracał i spędzaliśmy razem czas.

Czasami obserwowałem go przy pracy, zafascynowany tym, jak przemieniał żelazo w użyteczne przedmioty. Czasami czytał mi, a jego umiejętność czytania znacznie się poprawiła dzięki dostępowi do biblioteki mojego ojca i moim prywatnym lekcjom. Wieczorami rozmawialiśmy o wszystkim: o jego dzieciństwie na innej plantacji, o matce, którą sprzedano, gdy miał dziesięć lat, i o marzeniach o wolności, które wydawały się nieosiągalne.

 

I mówiłam o mojej matce, która zmarła przy moim porodzie. O wypadku, który mnie sparaliżował, o poczuciu uwięzienia w ciele, które nie działało, i w społeczeństwie, które mnie nie chciało. Byliśmy dwojgiem wyrzutków, którzy znaleźli ukojenie w swoim towarzystwie.

W maju coś się zmieniło. Widziałem Josiaha pracującego w kuźni, rozgrzewającego żelazo do czerwoności, a następnie nadającego mu kształt precyzyjnymi ruchami.

„Myślisz, że mógłbym spróbować?” – zapytałem nagle.

Spojrzał w górę ze zdziwieniem. „Spróbować czego?”

„Praca kucia. Wykuwanie czegoś.”

„Eleanor, jest gorąco i niebezpiecznie i…”

„—i nigdy w życiu nie robiłem niczego wymagającego wysiłku fizycznego, bo wszyscy uważają, że jestem zbyt słaby, ale może z twoją pomocą dałbym radę”.

Długo się we mnie wpatrywał, po czym skinął głową. „Dobrze, teraz to bezpiecznie naprawię”.

Postawił mój wózek inwalidzki obok kowadła, podgrzał mały kawałek żelaza, aż stał się kowalny, położył go na kowadle, a następnie dał mi lżejszy młotek.

„Uderz dokładnie tam. Nie przejmuj się siłą. Po prostu poczuj, jak porusza się metal.”

Uderzyłem. Młot uderzył w żelazo z cichym, głuchym odgłosem. Ledwo zostawił ślad.

„Jeszcze raz. Odwróć się do niego plecami.”

Uderzyłem mocniej. Lepszy strzał. Żelazo lekko się wygięło.

„Dobrze. Jeszcze raz.”

Waliłem młotkiem bez przerwy. Paliły mnie ręce. Bolały mnie ramiona. Pot spływał mi po twarzy. Ale wykonywałem pracę fizyczną, kształtując metal własnymi rękami. Kiedy żelazo ostygło, Josiah podniósł lekko wygięty kawałek.

„Twój pierwszy projekt. Nic specjalnego, ale dałeś radę”. Odłożyła żelazko. „Jesteś silniejszy, niż myślisz. Zawsze byłeś. Po prostu potrzebowałeś odpowiedniego zlecenia”.

Od tego dnia spędzałem godziny w kuźni. Josiah nauczył mnie podstaw: jak nagrzewać metal, jak go kuć i jak nadawać mu kształt. Nie byłem wystarczająco silny do ciężkich prac, ale potrafiłem tworzyć małe przedmioty: haki, proste narzędzia, ozdoby.

Po raz pierwszy od 14 lat, od wypadku, poczułem, że fizycznie jestem w stanie coś zrobić. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale ręce i dłonie tak. I w kuźni to wystarczyło.

Ale działo się coś jeszcze. Coś, czego nie mogłem kontrolować.

Czerwiec przyniósł inne objawienie. Pewnego popołudnia byliśmy w bibliotece. Josiah czytał Keatsa na głos. Jego czytanie poprawiło się do tego stopnia, że ​​był w stanie zrozumieć złożone teksty. Jego głos był idealny do poezji: głęboki, dźwięczny, nadający wagę każdemu wersowi.

„Piękna rzecz to wieczna radość” – przeczytała. „Jej piękno wzrasta. Nigdy nie zniknie w nicość”.

„Naprawdę w to wierzysz?” – zapytałem. „To piękno jest wieczne”.

„Wierzę, że piękno w pamięci jest wieczne. Sam obiekt może blaknąć, ale pamięć o pięknie pozostaje.”

Co najpiękniejszego kiedykolwiek widziałeś?

Przez chwilę milczał. Potem: „Wczoraj w kuźni, cały w sadzy, spocony, śmiejąc się, wbijając ten gwóźdź. To było piękne”.

Serce zabiło mi mocniej. „Josiah, przepraszam. Nie powinnam była…”

„Nie”. Przysunąłem wózek bliżej miejsca, w którym siedział. „Powiedz to jeszcze raz”.

„Byłaś piękna. Jesteś piękna. Zawsze byłaś, Elellanar. Wózek inwalidzki tego nie zmieni. Złamane nogi tego nie zmienią. Jesteś inteligentna, miła, odważna i, tak, fizycznie piękna”. Jej głos stał się bardziej dumny. „Dwunastu mężczyzn, którzy cię odrzucili, to ślepi idioci. Zobaczyli wózek inwalidzki i odwrócili wzrok. Nie widzieli ciebie. Nie widzieli kobiety, która nauczyła się greki tylko dlatego, że mogła, która czytała filozofię dla przyjemności, która nauczyła się kuć żelazo pomimo złamanych nóg. Nie widzieli tego wszystkiego, bo sami tego nie chcieli”.

Aby kontynuować czytanie, kliknij poniżej (DALEJ).

Wyciągnąłem rękę i ująłem jego dłoń, jego ogromną, pokrytą bliznami dłoń, zdolną zginać żelazo, a mimo to trzymającą moją, jakby była ze szkła. „Widzisz mnie, Josiah?”

„Tak, widzę ich wszystkich. I to najpiękniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek spotkałem.”

Słowa wymknęły mi się z ust, zanim zdążyłam je powstrzymać. „Chyba się w tobie zakochuję”.

Cisza, która zapadła, była ogłuszająca. Niebezpieczne słowa. Niemożliwe słowa. Biała kobieta i czarny mężczyzna zniewoleni w Wirginii w 1856 roku. Nie było miejsca w społeczeństwie na to, co czułem.

„Ellaner” – powiedziała ostrożnie. „Nie możesz. My nie możemy. Gdyby ktokolwiek wiedział, to by wiedział…”

„Czego by chcieli? Przecież już mieszkamy razem. Mój ojciec już mnie z tobą wydał. Co za różnica, czy cię kocham?”

„Różnica tkwi w bezpieczeństwie. Twoim bezpieczeństwie. Moim bezpieczeństwie. Jeśli ludzie myślą, że ta umowa jest podyktowana uczuciem, a nie zobowiązaniem.”

„Nie obchodzi mnie, co myślą ludzie”. Pogłaskałam go po twarzy dłonią, wyciągając rękę, żeby go dotknąć. „Liczy się to, co ja czuję. I po raz pierwszy w życiu czuję miłość. Czuję, że ktoś mnie widzi. Że ktoś naprawdę mnie widzi. Nie wózek inwalidzki. Nie niepełnosprawność. Nie ciężar. Widzisz Ellanar. A ja widzę Jozjasza. Nie niewolnika. Nie bydlaka. Człowieka, który czyta poezję, tworzy cudowne rzeczy z żelaza i traktuje mnie z większą życzliwością niż jakikolwiek wolny człowiek, jakiego kiedykolwiek znałam”.

„Gdyby twój ojciec wiedział.”

„Mój ojciec wszystko załatwił. On nas połączył. Cokolwiek się stanie, to po części jego wina”. Pochyliłam się do przodu. „Josiah, rozumiem, jeśli nie czujesz tego samego. Rozumiem, że to skomplikowane i niebezpieczne. Może po prostu czuję się samotna i zagubiona. Ale musiałam ci to powiedzieć”.

Długo milczał. Myślałam, że wszystko zepsułam. Potem: „Kochałam cię od naszej pierwszej prawdziwej rozmowy. Od kiedy zapytałaś mnie o Szekspira i naprawdę wysłuchałaś mojej odpowiedzi. Od kiedy traktowałaś mnie tak, jakby moje myśli miały znaczenie. Kochałam cię każdego dnia od tamtej pory, Elellanar. Nigdy nie myślałam, że to powiem”.

„Powiedz to teraz.”

"Kocham cię."

Pocałowaliśmy się. Mój pierwszy pocałunek w wieku 22 lat, z mężczyzną, który według społeczeństwa nie powinien był istnieć dla mnie, w bibliotece pełnej książek potępiających to, co robiliśmy. Było idealnie.

Ale w Wirginii w 1856 roku doskonałość nie trwała długo. Nie dla ludzi takich jak my.

Przez pięć miesięcy Josiah i ja żyliśmy w bańce skradzionego szczęścia. Byliśmy ostrożni, nigdy nie okazywaliśmy uczuć publicznie, zachowując pozory oddanego protegowanego i wyznaczonego opiekuna. Ale w życiu prywatnym byliśmy po prostu dwojgiem zakochanych ludzi.

Mój ojciec albo tego nie zauważył, albo wolał to ignorować. Widział, że jestem szczęśliwsza, że ​​Josiah jest uważny, że sytuacja się układa. Nie kwestionował czasu, który spędzaliśmy sami. Tego, jak Josiah na mnie patrzył, tego, jak się uśmiechałam w jego obecności.

W ciągu tych pięciu miesięcy zbudowaliśmy wspólne życie. Ja kontynuowałem naukę kowalstwa, tworząc coraz bardziej skomplikowane dzieła. On kontynuował czytanie, pochłaniając książki z biblioteki. Rozmawialiśmy bez końca o naszych marzeniach o świecie, w którym moglibyśmy być razem otwarcie, o niemożności spełnienia tych marzeń, o tym, jak odnaleźć radość w teraźniejszości pomimo niepewności przyszłości.

I tak, mieliśmy intymną relację. Nie będę się rozwodzić nad tym, co dzieje się między dwojgiem zakochanych ludzi. Powiem jednak: Josiah podchodził do intymności fizycznej tak samo, jak do wszystkiego innego ze mną – z niezwykłą wrażliwością, dbając o moje dobre samopoczucie, z szacunkiem, który sprawiał, że czułam się kochana, a nie wykorzystywana.

Do października stworzyliśmy własny świat w niemożliwej przestrzeni, w której społeczeństwo nas zmusiło. Byliśmy szczęśliwi w sposób, jakiego żadne z nas nie wyobrażało sobie jako możliwego.

Potem mój ojciec odkrył prawdę i wszystko się rozpadło.

15 grudnia 1856 roku. Josiah i ja byliśmy w bibliotece, zatopieni w sobie, całując się ze swobodą tych, którzy wierzą, że są sami. Nie usłyszeliśmy kroków mojego ojca. Nie usłyszeliśmy, jak otwierają się drzwi.

„Elellaner.” Jej głos był lodowaty.

Rozstaliśmy się gwałtownie. Winni. Obnażeni. Przerażeni. Ojciec stał w drzwiach, a na jego twarzy malowała się mieszanina zaskoczenia, gniewu i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem do końca rozszyfrować.

„Ojcze, mogę to wyjaśnić.”

„Jesteś w nim zakochana”. To nie pytanie, to oskarżenie.

Jozjasz natychmiast uklęknął. „Panie, proszę. To moja wina. Nigdy nie powinienem był…”

„Cicho, Josiah”. Głos mojego ojca był niebezpiecznie spokojny. Spojrzał na mnie. „Ellellanar, czy to prawda? Jesteś zakochana w tej niewolnicy?”

Mogłam skłamać. Mogłam twierdzić, że Josiah mnie zgwałcił, że byłam ofiarą. To by mnie uratowało i skazało Josiaha na tortury i śmierć. Ale nie mogłam.

Tak, kocham go, a on kocha mnie. I zanim mu zagrozisz, powinnaś wiedzieć, że to uczucie jest odwzajemnione. To ja zainicjowałam nasz pierwszy pocałunek. To ja dążyłam do tego związku. Jeśli musisz kogoś ukarać, ukaraj mnie.

Twarz mojego ojca wyrażała serię emocji: gniew, niedowierzanie, konsternację. W końcu: „Josiah, idź natychmiast do swojego pokoju. Nie wychodź, dopóki cię nie zawołam”.

"Pan-"

"Teraz."

Josiah wyszedł, rzucając mi ostatnie, zaniepokojone spojrzenie. Drzwi się zamknęły, zostawiając mnie samą z ojcem. Co się stało potem? Słowa ojca w gabinecie zmieniły wszystko, ale nie tak, jak się spodziewałam.

„Czy rozumiesz, co zrobiłeś?” – zapytał mój ojciec cicho.

„Zakochałam się w dobrym mężczyźnie, który traktuje mnie z szacunkiem i życzliwością.”

„Zakochałeś się we własności, w niewolniku. Elellanerze, gdyby to wyszło na jaw, byłbyś beznadziejnie zrujnowany. Powiedzieliby, że jesteś szalony, że masz wady, że jesteś przewrotny”.

„Już mówią, że jestem awanturnikiem i nie nadaję się do małżeństwa. Co za różnica?”

„Różnica tkwi w ochronie. Dałem ci Josiaha, żeby cię chronił, a nie… nie po to.”

„Więc nie powinieneś był nas ze sobą łączyć” – krzyknęła, a lata frustracji w końcu wybuchły. „Nie powinieneś był wydawać mnie za mąż za kogoś inteligentnego, miłego i słodkiego, jeśli nie chciałeś, żebym się w nim zakochała”.

„Chciałam, żebyś był bezpieczny, a nie żebyś znalazł się w centrum skandalu”.

„Jestem bezpieczny. Bezpieczniejszy niż kiedykolwiek. Josiah wolałby umrzeć, niż pozwolić, żeby ktoś mnie skrzywdził”.

A co się stanie, kiedy umrę? Kiedy spadek przejdzie na twojego kuzyna? Myślisz, że Robert pozwoli ci mieć niewolnika za męża? Sprzeda Josiaha w dniu mojego pogrzebu i zamknie cię w jakimś zakładzie poprawczym.

„Więc uwolnijcie go. Uwolnijcie Josiaha. Chodźmy. Pójdziemy na północ. Czy…”

„Północ to nie ziemia obiecana, Elellanar. Biała kobieta z czarnym mężczyzną, niezależnie od tego, czy jest on byłym niewolnikiem, czy nie, będzie wszędzie spotykać się z uprzedzeniami. Myślisz, że twoje życie jest teraz trudne? Spróbuj żyć jako para międzyrasowa”.

"Nie jestem zainteresowany."

„Cóż, tak. Jestem twoim ojcem i całe życie starałem się cię chronić i nie pozwolę, żebyś znalazł się w sytuacji, która cię zniszczy”.

„Bycie bez Josiaha mnie zniszczy. Nie rozumiesz? Po raz pierwszy w życiu jestem szczęśliwy. Czuję się kochany. Jestem ceniony za to, kim jestem, a nie za to, czego nie potrafię. A ty chcesz mi to wszystko odebrać, bo społeczeństwo mówi, że to złe?”

Mój ojciec opadł na krzesło, nagle wyglądając na swoje 56 lat. „Czego ode mnie chcesz, Ellanar? Pobłogosławić go? Przyjąć go?”

„Chcę, żebyś zrozumiał, że go kocham, że on kocha mnie i że cokolwiek zrobisz, to się nie zmieni”.

Na zewnątrz panowała między nami cisza. Grudniowy wiatr trząsł oknami. Gdzieś w domu Josiah czekał, by poznać swój los.

W końcu mój ojciec się odezwał, a to, co powiedział, zszokowało mnie bardziej niż cokolwiek, co wydarzyło się wcześniej. „Mógłbym go sprzedać” – powiedział cicho ojciec. „Wyślij go na Południe. Dopilnuj, żebym go już nigdy nie zobaczył”.

Krew mi zmroziła krew. „Ojcze, proszę…”

„Daj mi dokończyć” – powiedział, unosząc rękę. „Mógłbym to sprzedać. To byłoby właściwe rozwiązanie. Rozstać się z tobą. Udawać, że nic się nie stało. Spotkać się gdzie indziej”.

"Proszę, nie rób tego."

„Ale nie zrobię tego”. Iskierka nadziei zabłysła w mojej piersi. „Ojcze?”

„Nie zrobię tego, bo obserwowałem cię przez ostatnie dziewięć miesięcy. Widziałem, że uśmiechasz się częściej w ciągu dziewięciu miesięcy z Josiahem niż przez poprzednie czternaście lat. Widziałem, jak stałeś się pewny siebie, zdolny, szczęśliwy. I widziałem, jak na ciebie patrzy, jakbyś był najcenniejszą rzeczą na świecie”. Potarł twarz, nagle wyglądając staro. „Nie rozumiem tego. Nie podoba mi się to. To przeczy wszystkiemu, czego mnie uczono. Ale…” Zrobił pauzę. „Ale masz rację. To ja ich połączyłem. To ja stworzyłem tę sytuację. Zaprzeczanie, że nawiążą prawdziwą więź, było naiwne”.

„Więc co mówisz?”

„Chodzi mi o to, że potrzebuję czasu do namysłu, żeby znaleźć rozwiązanie, które nie pozostawi żadnego z nas nieszczęśliwym ani złamanym sercem”. Wstała. „Ale Elellanar, musisz zrozumieć. Jeśli ten związek będzie trwał, nie ma dla niego miejsca ani w Wirginii, ani na Południu, ani nigdzie indziej. Czy jesteś gotowa stawić czoła tej rzeczywistości?”

„Jeśli to oznacza, że ​​będę z Josiahem, to tak.”

Powoli skinął głową. „W takim razie znajdę sposób. Jeszcze nie wiem, jaki, ale znajdę.”

Zostawił mnie w bibliotece, z bijącym sercem, z nadzieją i strachem walczącymi w środku. Godzinę później wezwano Josiaha. Powiedziałem mu, co powiedział mój ojciec. Osunął się na krzesło, przytłoczony.

„On nie ma zamiaru mnie sprzedać. Nie ma zamiaru sprzedać ciebie. On nam pomoże”.

„Jak możemy Ci pomóc?”

Powiedział, że spróbuje znaleźć rozwiązanie.

Josiah przeczesał włosy dłońmi i zaszlochał. Jego głębokie, drżące łkanie było mieszaniną ulgi i niedowierzania. Mocno go przytuliłam, siedząc na wózku inwalidzkim, i trzymaliśmy się kruchej nadziei, że może jednak mój ojciec zdoła uczynić to, co niemożliwe, możliwym.

Ale nikt z nas nie mógł przewidzieć, co się stanie. Decyzja mojego ojca dwa miesiące później zmieniła nie tylko nasze życie, ale i całą historię.

Mój ojciec zastanawiał się przez dwa miesiące. Dwa miesiące, podczas których Josiah i ja żyliśmy w bolesnej niepewności, czekając na jego decyzję. Kontynuowaliśmy nasze codzienne zajęcia: pracę w kuźni, czytanie, rozmowy, ale wszystko wydawało się tymczasowe, zależne od rozwiązania, jakie miał na myśli mój ojciec.

Pod koniec lutego 1857 roku wezwał nas oboje do swojego gabinetu.

„Już podjąłem decyzję” – powiedział bez wstępu. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, ja na wózku inwalidzkim, a Josiah na jednym z dwóch krzeseł, trzymając się za ręce pomimo niestosowności sytuacji.

„To nie zadziała ani w Wirginii, ani nigdzie indziej na Południu” – zaczął mój ojciec. „Społeczeństwo tego nie zaakceptuje. Prawo wyraźnie tego zabrania. Jeśli zatrzymam tu Josiaha, nawet jeśli ogłoszę go waszym obrońcą, podejrzenia tylko wzrosną. Prędzej czy później ktoś to zbada i oboje będziecie zrujnowani”.

Krew mi zmroziła krew w żyłach. To wyglądało jak preludium do rozstania.

„W takim razie” – kontynuował – „zaproponuję ci alternatywę”. Spojrzał na Josiaha. „Josiah, zwolnię cię legalnie, formalnie, z dokumentami, które będą ważne w każdym sądzie na Północy”.

Nie mogłem oddychać.

„Elellaner, dam ci 50 000 dolarów, wystarczająco dużo, żebyś mogła zacząć nowe życie, a także zapewnię ci listy polecające do kontaktów abolicjonistów w Filadelfii, którzy pomogą ci się tam osiedlić”.

„Czy ty… czy ty go uwalniasz?”

„Tak. A co jeśli pojedziemy razem na północ?”

"TAK."

Jozjasz wydał z siebie dźwięk, coś w rodzaju szlochu, coś w rodzaju śmiechu. „Panie, nie… nie mogę”.

„Możesz. I zrobisz to”. Głos mojego ojca był stanowczy, ale nie okrutny. „Josiah, chroniłeś moją córkę lepiej niż jakikolwiek biały mężczyzna. Uszczęśliwiłeś ją. Dałeś jej pewność siebie i umiejętności, które myślałem, że straciła na zawsze. W zamian daję ci wolność i kobietę, którą kochasz”.

—Ojcze—wyszeptałam, a łzy spływały mi po twarzy—. Dziękuję.

„Nie dziękuj mi jeszcze. Nie będzie łatwo. W Filadelfii są społeczności abolicjonistyczne, które powitają cię z otwartymi ramionami, ale i tak spotkasz się z uprzedzeniami. Elellanar, jako biała kobieta, żona czarnego mężczyzny… Tak, mężatka. Załatwię ci legalny ślub, zanim wyjedziesz. Wielu cię ostracyzmuje. Będziesz musiała stawić czoła trudnościom ekonomicznym, społecznym, a może nawet fizycznym. Jesteś pewna, że ​​tego chcesz?”

„Bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, w jakim kiedykolwiek byłem.”

„Jozjasz.”

Aby kontynuować czytanie, kliknij poniżej (DALEJ).

Głos Josiaha był pełen emocji. „Panie, poświęcę resztę życia, żeby Elellanar nigdy tego nie żałowała. Będę ją chronić, będę ją utrzymywać, będę ją kochać. Przysięgam”.

Mój ojciec skinął głową. „No to jedziemy dalej”.

Ale tego nam nie powiedział. Czegoś, co odkryliśmy znacznie później. Ta decyzja kosztowała go wszystko.

Następny tydzień był istną burzą. Mój ojciec współpracował z prawnikami, aby przygotować dokumenty, które miały uwolnić Josiaha, ogłaszając go wolnym człowiekiem, wolnym od wszelkiego majątku i z prawem do podróżowania bez zezwoleń i upoważnień. Zorganizował nasz ślub za pośrednictwem współczującego pastora z Richmond, który poprowadził ceremonię w małym kościele, w obecności tylko mojego ojca i dwóch świadków.

Josiah i ja złożyliśmy przysięgę przed Bogiem i prawem. Zostałam Eleanor Whitmore Freeman, zachowując oba nazwiska, oddając hołd ojcu i akceptując nowe życie. Josiah stał się Josiahem Freemanem, wolnym mężczyzną ożenionym z wolną kobietą.

Opuściliśmy Wirginię 15 marca 1857 roku prywatnym powozem, który zorganizował mój ojciec. Nasze rzeczy osobiste znajdowały się w dwóch kufrach: ubrania, książki, narzędzia kowalskie i dokumenty o wolności, które Josiah nosił ze sobą jako przedmioty święte.

Ojciec przytulił mnie przed wyjściem. „Wyślij mi wiadomość” – powiedział. „Daj mi znać, że wszystko w porządku. Daj mi znać, że jesteś szczęśliwy”.

„Tak zrobię, Ojcze. Ja… Wiem to… Ja też cię kocham, Ellanar. A teraz idź i buduj swoje własne życie. Bądź szczęśliwy.”

Josiah uścisnął dłoń mojego ojca. „Panie, będę ją chronił”.

„Josiah, to wszystko o co proszę.”

„Moim życiem, panie.”

Podróżowaliśmy na północ przez Wirginię, Maryland i Delaware. Każdy kilometr oddalał nas od niewolnictwa i przybliżał do wolności. Josiah spodziewał się, że ktoś nas zatrzyma, poprosi o dokumenty i zakwestionuje nasze małżeństwo. Ale dokumenty były ważne i przekroczyliśmy granicę Pensylwanii bez przeszkód.

W 1857 roku Filadelfia była tętniącym życiem miastem liczącym 300 000 mieszkańców, w tym liczną społeczność wolnych Afroamerykanów w dzielnicach takich jak Mother Bethl. Kontakty z abolicjonistami, które zapewnił mi mój ojciec, pomogły nam znaleźć mieszkanie: skromne mieszkanie w dzielnicy, w której pary międzyrasowe, choć rzadkie, nie były rzadkością.

Josiah otworzył kuźnię za pieniądze, które dał mu ojciec. Jego reputacja szybko rosła. Był utalentowany, rzetelny, a jego imponująca pozycja pozwalała mu wykonywać zadania nieosiągalne dla innych kowali. W ciągu roku kuźnia Freemana stała się jedną z najbardziej ruchliwych w okolicy.

Zajmowałem się stroną administracyjną: prowadziłem księgowość, obsługiwałem klientów i sporządzałem umowy. Moje wykształcenie i inteligencja, które społeczeństwo Wirginii uważało za bezużyteczne, okazały się kluczowe dla naszego sukcesu.

Nasze pierwsze dziecko urodziło się w listopadzie 1858 roku. Chłopiec, któremu nadaliśmy imię Thomas, po drugim imieniu mojego ojca. Był zdrowy i idealny. A kiedy zobaczyłam Josiaha, jak po raz pierwszy trzyma naszego syna – tego łagodnego olbrzyma tulącego noworodka z nieskończoną czułością – wiedziałam, że podjęliśmy właściwą decyzję.

Ale nasza historia na tym się nie kończy. Co wydarzyło się później? To, czego dowiedzieliśmy się o miłości, rodzinie i budowaniu dziedzictwa... cóż, wtedy wszystko nabrało sensu.

Po Thomasie urodziło się jeszcze czworo dzieci: William w 1860 roku, Margaret w 1863 roku, James w 1865 roku i Elizabeth w 1868 roku. Wychowywaliśmy ich w wolności, ucząc dumy ze swoich przodków i posyłając do szkół, które przyjmowały czarnoskóre dzieci.

I moje nogi. W 1865 roku Josiah zaprojektował urządzenie ortopedyczne: metalowe szyny, które mocowano do moich nóg i łączono z ortezą wokół talii. Dzięki tym szynom i kulom mogłem stać, mogłem chodzić – z trudem, ale dawałem radę.

Po raz pierwszy odkąd miałem 8 lat, zacząłem chodzić.

„Dałeś mi tak wiele” – powiedziałam Josiahowi tego dnia, stojąc w naszym domu ze łzami spływającymi po twarzy. „Dałeś mi miłość, pewność siebie i dzieci. A teraz dosłownie sprawiłeś, że chodzę”.

„Zawsze chodziłaś, Ellaner”. Obserwował mnie, jak stawiałam chwiejne kroki. „Po prostu dałem ci inne narzędzia”.

Mój ojciec odwiedził nas dwukrotnie, w 1862 i 1869 roku. Spotkał się z wnukami, zobaczył nasz dom, naszą firmę, nasze życie. Widział, że jesteśmy szczęśliwi, że jego radykalne rozwiązanie okazało się skuteczniejsze, niż się spodziewano. Zmarł w 1870 roku, zostawiając spadek mojemu kuzynowi Robertowi, zgodnie z prawem stanu Wirginia. Zostawił mi jednak list.

„Mój najdroższy Elellanar, kiedy przeczytasz te słowa, mnie już tu nie będzie. Chcę, żebyś wiedziała, że ​​zaufanie Josiahowi było najmądrzejszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjęłam. Myślałam, że cię chronię, ale nie zdawałam sobie sprawy, że daję ci miłość. Nigdy nie byłaś niezniszczalna. Społeczeństwo było zbyt ślepe, by dostrzec twoją wartość. Dzięki Bogu, Josiah nie był. Żyj dobrze, moja córko. Bądź szczęśliwa. Zasługujesz na to. Z miłością, Ojcze.”

Josiah i ja mieszkaliśmy razem w Filadelfii przez 38 lat. Razem się zestarzeliśmy, patrzyliśmy, jak dorastają nasze dzieci, powitaliśmy wnuki i zbudowaliśmy dziedzictwo w beznadziejnej sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Zmarłem 15 marca 1895 roku, dokładnie 38 lat po opuszczeniu Wirginii. Zapalenie płuc szybko mnie pokonało; moje ostatnie słowa do Josiaha, gdy trzymał mnie za rękę, brzmiały: „Dziękuję, że mnie widziałeś, że mnie kochałeś, że mnie uzdrowiłeś”.

Josiah zmarł następnego dnia, 16 marca 1895 roku. Lekarz stwierdził, że jego serce po prostu przestało bić, ale nasze dzieci znały prawdę. Nie mógł żyć beze mnie, tak jak ja nie mogłam żyć bez niego. Zostaliśmy pochowani razem na cmentarzu Eden w Filadelfii, pod wspólnym nagrobkiem z napisem: Ellaner i Josiah Freeman. Pobrali się w 1857 roku, zmarli w 1895 roku. Miłość, która przełamała barierę niemożliwości.

Nasza piątka dzieci miała udane życie. Thomas został lekarzem. William został prawnikiem i walczył o prawa obywatelskie. Margaret została nauczycielką i wykształciła tysiące czarnoskórych dzieci. James został inżynierem i projektował budynki w całej Filadelfii. Elizabeth została pisarką.

W 1920 roku Elizabeth opublikowała książkę „Moja matka, bestia i miłość, która wszystko zmieniła”. Opowiedziała w niej naszą historię: historię białej kobiety uznanej za nieodpowiednią do małżeństwa i historię mężczyzny zniewolonego, którego społeczeństwo tak właśnie określiło. I o tym, jak radykalne rozwiązanie podjęte przez zdesperowanego ojca dało początek jednej z najpiękniejszych historii miłosnych XIX wieku.

Zapisy historyczne świadczą o wszystkim. Dokumenty o wyzwoleniu Josiaha, jego akt ślubu, założenie kuźni Freeman's Forge w Filadelfii w 1857 roku, nasza piątka dzieci – wszystkie udokumentowane w filadelfijskich aktach urodzenia – moja lepsza mobilność dzięki ortezom, udokumentowana w prywatnych listach. Oboje zmarliśmy w marcu 1895 roku, zaledwie jeden dzień po sobie, i zostaliśmy pochowani na cmentarzu Eden. Książka Elizabeth, opublikowana w 1920 roku, stała się ważnym dokumentem historycznym na temat małżeństw międzyrasowych i niepełnosprawności w XIX wieku. Rodzina Freemanów zachowała szczegółowe dokumenty, w tym listy pułkownika Whitmore'a i dokumenty o wyzwoleniu Josiaha, które zostały przekazane Pennsylvania Historical Society w 1965 roku. Nasza historia była badana jako przykład zarówno historii praw osób z niepełnosprawnościami, jak i historii stosunków międzyrasowych w epoce niewolnictwa.

To historia Elellanar Whitmore i Josiaha Freemana. Kobiety uznanej przez społeczeństwo za nieodpowiednią do małżeństwa ze względu na wózek inwalidzki. Mężczyzny uznanego przez społeczeństwo za brutala ze względu na swoją posturę. I bezprecedensowej decyzji zdesperowanego ojca, który dał im obojgu wszystko, czego potrzebowali: wolność, miłość i przyszłość, o której nikt nie myślał, że jest możliwa.

Dwunastu mężczyzn odrzuciło Elellanor, zanim jej ojciec podjął niezwykłą decyzję o wydaniu jej za niewolnika. Jednak pod imponującą powierzchownością Josiaha krył się życzliwy i inteligentny mężczyzna, który potajemnie czytał Szekspira i traktował Elellanor z większym szacunkiem niż jakikolwiek wolny człowiek.

Ich historia przeczy wszystkiemu: uprzedzeniom dotyczącym niepełnosprawności, rasy i tego, co czyni kogoś godnym miłości. Elellanar nie była „złamana”, bo nie mogła chodzić. Była inteligentna, zdolna i silna. Josiah nie był brutalem ze względu na swoją posturę. Był poetycki, rozważny i niezwykle miły.

Decyzja pułkownika Whitmore'a, choć szokująca, świadczyła o głębokim zrozumieniu, że jego córka bardziej potrzebuje miłości i szacunku niż społecznej aprobaty. Uwolnił Josiah, dał im pieniądze i znajomości, a następnie wysłał na północ, by zbudowali życie, na które Wirginia nigdy by im nie pozwoliła.

Przeżyli razem 38 lat, wychowali piątkę odnoszących sukcesy dzieci, zbudowali dobrze prosperujący biznes i zmarli w odstępie zaledwie jednego dnia, ponieważ ich miłość była tak głęboka, że ​​żadne z nich nie mogłoby przetrwać bez drugiego.

Jeśli historia Eleanor i Josiaha Cię wzrusza, jeśli wierzysz, że miłość powinna przekraczać bariery społeczne, jeśli wierzysz, że ludzie są czymś więcej niż tylko etykietami narzucanymi przez społeczeństwo, jeśli wierzysz, że czasami radykalne rozwiązania przynoszą najpiękniejsze rezultaty, zasubskrybuj kanał już teraz.

Zostaw komentarz i powiedz nam, co wywarło na Ciebie największe wrażenie w ich historii. Radykalna decyzja jej ojca, ich nieoczekiwana miłość, fakt, że udało im się zbudować udane życie pomimo wszystkich przeszkód. Podziel się swoimi przemyśleniami i pomóż utrzymać tę poruszającą historię przy życiu. Twój udział, komentarze, subskrypcje i udostępnienia sprawią, że historie takie jak historia Eleanor i Josiaha nie zostaną zapomniane. Obyśmy nigdy nie zapomnieli o tych złożonych, pięknych i odważnych historiach, które podważają nasze uprzedzenia dotyczące przeszłości.

Zarejestruj się już teraz i dołącz do nas, by zachować te ważne historie miłosne, które przezwyciężają wszelkie przeciwności. Subskrybuj, zostaw komentarz i przygotuj się na odkrycie kolejnych historii, które pokazują, jak miłość i ludzka godność mogą zwyciężyć nawet w najciemniejszych chwilach.

 

Aby kontynuować czytanie, kliknij poniżej (DALEJ).